Zabić wszystkich by nikt tu nie oddychał, tak pewnie o nas myśli Północna Ameryka. Uwierzcie, że mam Wam do pokazania naprawdę wiele zdjęć. By nie "przytłamsić" Was nadmiarem, podzieliłam je kolejno ;) Trasę pokonaliśmy szybko i bezproblemowo, wieczorkiem zjedliśmy wieeelką kolację i zaczęliśmy ogarniać co się dzieje wokół. Rankiem (około 12) zjedliśmy, wyszykowaliśmy się i z uśmiechami na twarzach poszliśmy na Schonbrunn, który znajduje się jakieś 300 metrów od naszego mieszkania. Dworek księżniczki Sisi, Glorietta, pełno kwiatów, ogrodów i innych atrakcji. Bardzo mi się tam podoba, mimo iż widziałam to miejsce spooooro razy! Wieczorem mieliśmy zamiar wybrać się na Stefansplatz czyli odpowiednik krakowskiego rynku, ale tylko przez niego przeszliśmy. Od razu pędem, wskoczyliśmy do metra i pojechaliśmy na Prater. Bardzo duże wesołe miasteczko. Oczywiście był z nami mój ukochany Canon, więc w ten dzień nie mogliśmy pobzikować na rollercoasterach czy innych przerażających mas...